50 Twarzy Greya

„Balansujemy na delikatnej huśtawce, którą stanowi nasz dziwny układ – na samych końcach, wahając się, a ona chwieje się niebezpiecznie. Oboje musimy przejść bliżej środka. Mam jedynie nadzieję, że żadne z nas podczas tej próby nie spadnie.”

 

  „50 twarzy Greya”. Co tak naprawdę stanowi fenomen tej powieści? Dlaczego miliony kobiet w średnim wieku zatraca się w niej na długie godziny, a nastolatki po przeczytaniu szukają faceta jak Christian? W tej recenzji nie opowiem Wam o jednej części, ale o całej trylogii, którą przeczytałam i ja, a zrecenzować postanowiłam pół roku później.

Wielu autorów powinno całować E.L. James po stopach, bo dzięki niej literatura erotyczna stała się popularna jak nigdy. Na okładce każdej nowej książki z tego gatunku widnieje napis „Dla fanek C.Greya”. Trzeba zadać sobie podstawowe pytanie: czemu książka, która jest napisana w fatalny technicznie sposób jest rozchwytywana, a bibliotekarze na całym świecie apelują o jej wycofanie z obiegu?
Jeśli nigdy wcześniej nie słyszeliście o tej pozycji (w co szczerze wątpię), to należy wytłumaczyć kilka spraw. Mały zarys tego na co w powieści się natkniecie: Christian Grey, piekielnie bogaty biznesmen o równie piekielnej naturze proponuje młodziutkiej i niedoświadczonej Anastasji niecodzienny układ, który opierać się ma na praktykach BDSM. Uwierzcie, nie chcę tłumaczyć na czym to polega, bo każdy wyszukiwarkę Google ma. Po kilku chwilach uniesienia ich formalnie sporządzona umowa wykracza poza normy. Zaczyna się walka o pozostanie w granicach jakiejkolwiek moralności.

Druga i trzecia część nieco się różnią od pierwszej. Nasz demon zostaje sprowadzony na ziemię, a między dwojgiem głównych bohaterów, oprócz czysto intymnych doznań, rodzi się uczucie. Oboje nie zdają sobie sprawy jak trudna czeka ich droga i jak wiele będą musieli pokonać.

Więcej na temat treści nie powiem. Czego możecie się spodziewać? Na swoim przykładzie powiem, że po przeczytaniu pierwszej części z lekkim …obrzydzeniem, pozostałe pozycje poszły dużo łatwiej. Może dlatego, że gdy panna Steel po raz sześćdziesiąty siódmy wzdychała i przewraca oczmi na widok swojego boskiego mężczyzny, mną zaczynały szarpać nerwy. Ale przecież kto ma ochotę czytać o zbliżeniu dwójki ludzi co dziesięć stron? Dosłownie. Mimo wszystko moje wrażenie nie są negatywne. Po przeczytaniu ostatniego zdania i zamknięciu trzeciej części z serii Pięćdziesięciu Twarzy pojawiło się znajome ukłucie w sercu i myśl „Co teraz?”.

Było to moje pierwsze zetknięcie z literaturą erotyczną. Zdarzyło się, że opuściłam kilka stron igraszek łóżkowych naszych bohaterów, ale ich historia w pewnym sensie do mnie trafiła. Gdyby tylko autorka miała pojęcie o pisaniu… Ale jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu dogodził. 😉

Za mimo wszystko romantyczne uniesienia, postacie inne niż w pozostałych romansidłach, dawkę oryginalności trylogia Pięćdziesiąt Twarzy Greya zasługuje na 8/10.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *