“Uczyć, bawić i wzruszać!”, czyli wywiad z kandydatem na przewodniczącego 1 Liceum Ogólnokształcącego – Miłoszem Kołczem

1376892_590601271004177_1384093701_n

Anastazja Uberman: Dlaczego zdecydowałeś się ubiegać o stanowisko przewodniczącego szkoły?

MIŁOSZ KOŁCZ: Ludzie mówią mi, że się do tego nadaję, że umiem dużo rzeczy zorganizować, przygotować, no i doprowadzić do końca. Najlepiej jak jest kryzys, wtedy oczekują, że Kołcz temu zaradzi (śmiech). Podobno mam zdolności przywódcze, samodyscyplinę, poza tym ciągnie mnie do działania, pomocy. Lubię uszczęśliwiać ludzi i w pewnym sensie, jeśli nie dosłownie, służyć im, bo uważam, że to bardzo ważne w kontaktach międzyludzkich. Co więcej, najpierw należy nauczyć się być posłusznym, nim zacznie się rozkazywać.

A.U.: Zamierzasz wprowadzić coś nowatorskiego? Jak przekonasz uczniów naszej szkoły do głosowania na Ciebie?

MIŁOSZ KOŁCZ: Uczyć, bawić i wzruszać! To chyba może być hasło mojej kampanii wyborczej. Chciałbym wprowadzić eventy tematyczne. Coś takiego jak comiesięczny dzień kultury, w zależności od danego kraju lub języka. Mamy zimę, jest grudzień, niech będzie to dzień kultury rosyjskiej. Jest wtedy cały dzień, podczas którego wynajmujemy sobie salę gimnastyczną i aranżujemy ją na daną tematykę. Są specjały kuchni rosyjskiej, stroje, piosenki, taniec. Dużo osób nie jest w stanie wyjechać, to my przyjdźmy do nich i przybliżmy im tę kulturę. Rosyjską, francuską, amerykańską, hiszpańską, arabską, chińską – co tylko chcemy.

Wprowadziłbym także regularne imprezy. Planuję zrobić jakieś pięć, sześć dyskotek klubowych, ale wszystko zależy od chęci. Stworzyłbym grupę, która uczestniczyłaby we wszelkiej działalności artystycznej. Grupę, która na początku się zdeklarowała i potem dawała z siebie wszystko, aby przygotować to, co jest zaplanowane. Brakowało tego w poprzednim roku. Urozmaiciłbym formę akademii szkolnych, aby święta były obchodzone z ogromną radością i „pompą”, a nie tylko z zadumą i smutkiem.

Może kabaret szkolny (śmieszny – nie żałosny), na pewno podwójny szczęśliwy numerek przynajmniej raz w tygodniu. Dostęp do sprzętu szkolnego. Bardzo dużo wycieczek jednodniowych, żeby zobaczyć dużo i za przystępną cenę. Częste spotkania z ciekawymi i kontrowersyjnymi osobami. Większa dyscyplina w samorządzie oraz regularność spotkań. Jeżeli jest zebranie, to ma być i mają być wszyscy. To bardzo potrzebne, szczególnie, jeśli chcemy, żeby samorząd spełniał swoją rolę najlepiej jak może.

Dodatkowo zwiększyłbym rolę przewodniczących w klasach, którzy mają być jej gospodarzem, przewodnikiem, organizatorem. Natomiast nie chciałbym ingerować w sprawy wewnętrzne poszczególnych klas, ponieważ bardzo cenię sobie samorządność. Chciałbym, aby samorząd szkolny był niezależny, mamy sami się organizować i w miarę możliwości i okazji sami sobie radzić. To dopiero początek… (śmiech)

A.U.: Będziesz współpracować z nauczycielami? Dasz sobie z tym radę? 

MIŁOSZ KOŁCZ: Zawsze miałem dobry kontakt z nauczycielami i z dyrektorem, bo to jest po prostu ważne. Jak jesteśmy skłóceni z nauczycielami, to nie dzieje się najlepiej. Nie trzeba od razu wszystkich lubić, ale trzeba umieć się ze sobą dogadać. Moja relacja z nimi jest bardzo dobra, więc myślę, że bez problemu mógłbym z nimi współpracować, działać i wykonywać swoje obowiązki z pożytkiem dla wszystkich.

A.U.: Podaj jeden argument, że nie rzucasz swoich słów na wiatr.

MIŁOSZ KOŁCZ: Uważam, że jestem w stanie zapewnić ludziom to, czego oczekują od samorządu. Ja jestem od tego, by sprawić im możliwości, aby organizowali się jako społeczność szkolna, ale tak naprawdę to zależy od nich, czy to zrobią. Co mam na myśli? Przykład imprezy; ja zapewniam, rezerwuję miejsce, załatwiam wszystkie papierkowe sprawy, ustalam termin i przekazuję informację o wydarzeniu.

Teraz tylko pozostawiam wszystkim wybór; czy chcą tego, co samorząd dla nich przygotował, jeśli tak – impreza sie odbywa, jeśli nie – trudno. Ludzie nie chcą jej teraz, nie pasuje im termin, nie zbierze się odpowiednia liczba osób, nieważne co. Nie to nie. Moim zadaniem będzie wtedy wybrać coś nowego, żeby pasowało i wypaliło, bo od tego jestem. Lubię czuć się potrzebny, mieć jakieś zajęcie.

Chcę, żeby ludzie do mnie przychodzili i mówili: Słuchaj stary, zrób to, to i to. Jesteś naszym przewodniczącym, nadajesz się do tego, więc zrób to, może sie spodobać. Chcę czasami nie mieć kiedy usiąść i odpocząć, dla nich, naprawdę (śmiech). Dla moich kumpli, znajomych, nawet dla tych, za którymi nie przepadam. Skoro jesteśmy szkołą, a ja mam być ich przewodniczącym, to najpierw jest społeczność szkolna, a dopiero potem moje potrzeby.

A.U.: Kim chciałbyś być w przyszłości?

MIŁOSZ KOŁCZ: Pasjonuje mnie bardzo urbanistyka, gospodarka i budownictwo. Więc może urbanistą, a dodatkowo pewnie jakieś studia z finansów. Wrocław albo Lwów. Interesuje mnie polityka, ale nie w dzisiejszym tego słowa znaczeniu, raczej dawnym. Politycznie to ja się czuję raczej synem kardynała Richelieu, Talleyrenda, Tocqueville’a, księcia Gorczakowa, a nie Tusków, Kaczyńskich, Millerów, Obamów i innych Lepperów. Nie, nie popieram. Żadnej partii.

Partia, jak sama nazwa mówi, to coś niepełnego, a ja wyżej cenię dobro wspólne, które stoi ponad podziałami. Ale wracając, dużo pracy i wysiłku, dużo pomysłów i biznesów. Własna kawiarnia, bank, piekarnia (śmiech). Chcę żyć jak człowiek, pracować jak człowiek, czyli pewnie trzeba będzie sie zająć tą bandą z Wiejskiej. (…) Ale to rozmowa na dłuższą chwilę. A więc: z wykształcenia urbanista, finansista, przedsiębiorca. Z powołania może polityk…

Katarzyna Gnap:  Jak myślisz, czy bycie przewodniczącym wpłynie na Twoje życie? W jaki sposób?

MIŁOSZ KOŁCZ: Umiem poświęcić swoje prywatne cele w imię wyższych celów i wspólnego dobra, jednak postępuje tak, aby nie cierpieli na tym moi bliscy. Funkcja przewodniczącego pomoże mi w pokazaniu tego jaki jestem, potwierdzi, czy nadaję się na to stanowisko. Dla mnie to też sprawdzian, zweryfikowanie, czy na pewno jest tak, jak sam uważam. Takie zetknięcie się myśli z brutalną rzeczywistością.

K.G.: Czy rodzina i przyjaciele wspierają Cię w kampanii, czy są jej przeciwni?

MIŁOSZ KOŁCZ: Rodzina mało co wie o tym, że chcę kandydować na przewodniczącego szkoły, przyjaciele jak najbardziej. Uważają, że ze względu na mój charakter i umiejętności nadaję się do tego. Zadeklarowali się, że pomogą mi w kampanii. To bardzo miłe.

K.G.: Jakie są dla Ciebie najważniejsze wartości w życiu?

MIŁOSZ KOŁCZ: Jak mówił św. Augustyn „Jeżeli Bóg będzie na pierwszym miejscu, wszystko będzie na swoim miejscu.” A więc:  Bóg, Tradycja, Prawo, Ojczyzna, Honor, Rodzina, Sprawiedliwość, Autorytet, Posłuszeństwo… Ale też dobra zabawa, przyjaźń, szczęście… jednym słowem, wartości, które się sprawdzały pchając nas w górę i widniały na “sztandarach” niesionych przez najwybitniejszych ludzi naszej cywilizacji.

Dużo osób raczej zauważy, że nie pokrywają się one z wartościami współczesnej Europy, niektóre nawet i świata. Niestety, człowiek z natury jest leniem i wybiera to co mniej szlachetne, doniosłe, bo tak jest wygodniej, a obecnie to trwa chyba tego wyboru apogeum. Staczamy się coraz szybciej, zapominając o fundamentach o prawdach elementarnych.  Czasami nie opłaca się dążyć do tych wyższych wartości, które przynoszą korzyści później, ale o wiele razy lepsze, czyniące człowieka lepszym niż te na szybko. Kiedy ten raz je w pełni przyjmie, trudno jest od nich odstąpić, ponieważ sam wewnętrznie czuje, że nie ma nic lepszego. I powie mu to, i rozum, i serce, i intuicja.

K.G.: Gdybyś mógł zmienić jedną rzecz na świecie, co by to było?

MIŁOSZ KOŁCZ: Ja jestem w jakiś dziwny sposób pogodzony ze światem. Uważam, że świata się nie da zmienić, grzebać w jego mechanizmach, prawach bez szkody finalnej. Można jedynie zmienić sposób patrzenia na niego, dostrzegania go. Mamy go sobie czynić poddanym, a nie przekształcać. Możemy go co najwyżej poznać, następnie pozyskaną wiedzę wykorzystać na udoskonalanie naszego życia i przekonania się, że ciągle wiemy mało i mało umiemy. To zaś ma nas popychać do większego wysiłku w poszukiwaniu prawdy o świecie. To jest droga do doskonałości, która doskonałą nigdy nie będzie. Paradoks. Trzeba przyjąć (śmiech).

K.G.: Masz bardzo tradycyjne poglądy. Jaki jest więc Twój stosunek do płci przeciwnej?

MIŁOSZ KOŁCZ: Postrzegam kobiety jako bardzo delikatne i subtelne, darzę je ogromnym szacunkiem. Mężczyzna robi jedną rzecz – a dobrze. Kobiety robią siedem rzeczy na raz – a dobrze! Są wielozadaniowe, niezastąpione w wychowywaniu dzieci, napędzaniu gospodarki poprzez wydawanie pieniędzy na produkty tanie, a dobre jakościowo, prowadzeniu domu.

To wspaniałe artystki, projektantki, lekarki, towarzyszki, doskonałe w zawodach, które pozwalają im wykorzystać swoją wszechstronność, rozwijać się. Nie przepadam za feministkami, bo uważam, że mamy sprzeczne cele. Feministki nienawidzą kobiet, chcą z nich zrobić gorszych mężczyzn, bo uważają, że tradycyjne zadania i zdolności kobiet, ukształtowane przez ewolucję są mniej wartościowe niż te, wykonywane przez mężczyzn.

Pytam: czy wychowanie dzieci jest czymś gorszym niż budowa maszyn? Jeśli źle zbuduję maszynę, to mogę ją w każdej chwili rozebrać na części i zbudować od nowa. Jak źle wychowam dziecko, to jest to proces nieodwracalny! Jedno nieuważne słowo i zostaje w psychice tego małego na całe życie… więc kto ma mniej wartościowe zadania?

Według mnie, na pewno nie kobiety, od których zależy przyszłość społeczeństw, narodów… Jestem przeciwny temu, żeby kobiety pracowały w urzędach, zakładach pracy itd., bo uważam, że to je tylko degraduje, nie ukazuje ich piękna i prawdziwych zdolności. Oczywiście są wyjątki, dlatego nie można żadnej zabronić robić tego, co chce. Kobieta to w pewnym sensie skarb, o który my mężczyźni mamy się troszczyć i zapewnić jej wszelkie dobra materialne, jak i niematerialne, umożliwiające jej rozwój wewnętrzny i doskonalenie swoich naturalnych zdolności.

K.G.: Postrzegasz siebie jako pesymistę, optymistę czy realistę?

MIŁOSZ KOŁCZ: Jak miałbym odpowiedzieć na podstawie tych trzech słów, to powiedziałbym, że jestem optymistycznym realistą. Dostrzegam świat jaki jest, najpierw wierzę, że to co chce zrobić uda się, a dopiero chwilę póżniej rozkminiam aspekty negatywne.

K.G.: Jaka jest jedna materialna rzecz, bez której nie wyobrażasz sobie życia?

MIŁOSZ KOŁCZ: Uwielbiam pisać piórem, nigdy się z nim nie rozstaję. Lubię też zegarki, nawyk po ojcu. Bez telefonu mógłbym żyć, naprawdę.  Staram się mieć przy sobie książkę lub gazetę, żeby się czymś zająć, jak dopada nuda.

K.G.: Co poprawia Ci humor i dodaje sił w zmaganiach z codziennością?

MIŁOSZ KOŁCZ: Uwielbiam kawę. Mógłbym ją pić po kilka razy dziennie każdego dnia, gdyby to tylko nie szkodziło. Rano najlepsza jest mocca, po południu latte macchiato, na zły humor polecam americano, a doskonałym zastrzykiem energii jest podwójne espresso. Często pijam kawę „po polsku”, domowej roboty, której sekretem jest gęsta (często tłusta) śmietana i miód.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *