Największy prawdziwek tej jesieni

Sezon na grzyby jeszcze się nie skończył. Trwa w najlepsze, a lasy pełne są rozmów jak nigdy. Każdy ma ambicje i każdy chce osiągnąć tyle, ile może. Bez uciekania się do złudnego szczęścia i losu. Ciężka praca, wysiłek, ale również ogromna wiedza i doświadczenie, sprawiają, że możemy w rodzinnym gronie zasiąść do grzybowej, lub oglądać ogromne koźlarze wiszące nad kuchenką i z wolna suszące się.

ea50beb4b2a47c8f7619bf09b30d286694db93fe

Grzybiarze mają swoje mity i legendy, wyśnione prawdy. Niezwykła zdolność do rozpoznawania grzybów i wiedza tyleż encyklopedyczna, co nabyta praktycznie, poprzez codzienne spożywanie efektów swojej pracy. Nieskończone poszukiwanie rozciągnięte na kilka jesiennych miesięcy. Kiedy więc oczekiwania kolidują z rzeczywistością, wszystko się zmienia. Twarze stają się pociągłe, palce nieświadomie szukają gąsek, a oczy nieuchronnie wypatrują świerków, gdzie jakieś piękne borowiki mogłyby zapuścić korzenie, a na korze drzewa utworzyć ryzomorfy.

Temat numer jeden na ostatnie dni to poranne przymrozki. Czy nieoczekiwanie zimna cyrkulacja powietrza może zrewidować szanse grzybiarzy na szczęśliwy weekend? Przyznajmy szczerze, myśleliśmy tak wszyscy. Zbiorowy podmiot – my grzybiarze. Cóż jednak znaczą nasze obawy, wobec planu wyższego. Obecnie, gdy nasze podgrzybki mogą wygrzewać się w kilkunastostopniowym cieple i mówi się o „babim lecie”, zaśmiewajmy się do woli naszym niedowierzającym znajomym, przyjaciołom, rodzinie. Wykrzyczmy im w twarz, że wierzyliśmy w naszą matkę Jesień. Nie pozwoliłaby przecież na zły dzień nas wszystkich.

Indian Summer – babie lato. „Kocham cię, najbardziej / Mocniej niż całą resztę” – zwykł o nim śpiewać James Douglas Morrison, mając przecież na myśli efekt niewielkich kontrastów termicznych pomiędzy niedostatecznie usłonecznionym południem, a północą, która nie zdążyła jeszcze się wychłodzić. Odwieczna dychotomia, która na te dni, miesiące, klaruje się dla nas. Jak słońce i księżyc podające sobie wzajemnie ręce; jak zimna wojna, która ostyga dzięki wzajemnej wyrachowanej miłości. Grzyby są największe, a grzybiarze najszczęśliwsi.

Mieszkaniec Starego Kisielina chwalić musiał Opatrzność, że pozwoliła dojrzeć w tym pięknym czasie prawdziwka tak wielkiego. A chociaż gruby trzon miał wysokość zaledwie kilku centymetrów, jego hymenofor rurkowy rozpiętość miał kapelusza z tych porządniejszych. Gdyby wierzył on w Mahawisznu, dar ten można by usprawiedliwić wieloletnią pracą u podstaw i nagrodą w podzięce za nią. Karma lubi uzewnętrzniać się w ten sposób.

Tutaj jednak okoliczności są znacznie ciekawsze, bo 2,5 kilogramowy młot, którego znalazł mieszkaniec województwa lubelskiego, najzwyczajniej w świecie rósł sobie na terenie jego działki. I chociaż nie jest to przypadek odosobniony, bo pan Maciej Wierzbicki z Gdyni znalazł okaz równie duży na Kaszubach, zaskakuje fakt, że na własnej posesji tak ogromne grzyby można znaleźć.

Nie jest to proste szczęście loteryjne, które daje wybrańcowi z ludu możliwość cieszenia się chwilową przyjemnością obcowania z absolutem. To nie ruletka, a inwestycje i plany sprawiły, że mieszkaniec Starego Kisielina cieszyć może się teraz ogromnym prawdziwkiem. Doskonale wiedział jak wybrać i skorzystał z tego planu podczas wytyczania działki.

Nie bójmy się więc słów dużych, bo one właśnie pozwalają nam egzystować w sposób ogromny. Są dwa sposoby na przeżycie czegoś większego. Pierwszym z nich jest planowanie, bo pozwala innym, aby swe dary złożyli na nasze ręce. Drugą opcją jest wieczna podróż, wieczne poszukiwanie, które każe zapędzać nam się w coraz dalsze zakątki, wiecznie trzymać ręce na pulsie.

Odnoszę się teraz do Ciebie, selekcjonuje Twoją osobę ze wszystkich innych z nas – grzybiarzy. I mówię – nie bój się planować. Nie bój się podejmować decyzji! Szczęśliwiej jest umierać, gdy na naszym polu inni szukają grzybów, niż szukać na czyimś.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *