Golas, wino i olbrzymy – recenzja filmu „Noe: wybrany przez Boga”

W zeszłym tygodniu na ekrany kin wszedł amerykańskiej produkcji film „Noe: wybrany przez Boga”. Miałem okazję oglądnąć go przedpremierowo w kinie Helios wraz z przedstawicielami rzeszowskiego duchowieństwa. Nie będę jednak opisywać tutaj w jaki sposób ja się tam wraz z nimi znalazłem, bo to dosyć długa i skomplikowana historia.

Myślę, że każdemu znana jest biblijna historia Noego, człowieka dzięki któremu przetrwało życie na Ziemi. Osobiście jest to jedna z moich ulubionych części Starego Testamentu. Szkoda tylko, że z tak pięknej i inspirującej opowieści można zrobić tak absurdalny i żenujący film… Poszedłem na ten seans już z pewnym uprzedzeniem. Nie czytałem wcześniej żadnych recenzji, lecz w duchu myślałem sobie o tym, jakimi scenami mogą nas uraczyć Amerykanie w tym ponad dwugodzinnym filmie… Skłamałbym, gdybym powiedział, że zanudził mnie na śmierć. Ponad dwie godziny śmiałem się, ale też wzdychałem z pożałowaniem, patrząc na to co się przede mną wyczynia na kinowym ekranie.

Od teraz każdy człowiek powinien wiedzieć, że arkę Noego wybudowały kamienne olbrzymy, które wcześniej były aniołami. Trzeba też być świadomym tego, że wszystkie zwierzęta w arce, od małego ptaszka z czerwonym łebkiem, przez węże, aż po słonie, zostały przez Noego i jego rodzinę odurzone ziołami i uśpione, by przez resztę filmu mogły już tylko głośno chrapać. W filmie pojawia również grana przez Anthony’ego Hopkinsa postać wiecznie żywego dziadka Noego- Matuzalema, który posiada magiczne moce. Wystarczy, że dmuchnie on komuś na czoło, a ten natychmiastowo zapada w głęboki sen. Magia! Bezsprzecznie jednak najbardziej zaskakującym elementem w filmie był dla mnie prehistoryczny test ciążowy. Wystarczy splunąć na liścia, a gdy ten zaświeci się, to znak, że wynik testu jest pozytywny… Przecież to takie proste! Cała ta „komedia” kończy się sceną, gdzie pijany od wina Noe leży goły na plaży… Ach, Ci Amerykanie…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Może to ja jestem zbyt głupi albo zbyt poważny, ale nie potrafię pojąć jaki jest sens w kręceniu takich filmów? Dlaczego przekształca się coś co jest już dobre? Pytam się: po co?

Mimo tego, iż producenci „Noego…” zaznaczają, że film nie jest adaptacją opowieści biblijnej, nie jest też filmem religijnym, lecz własną wizją reżysera, czy to coś zmienia? W końcu sam tytuł wszystkiemu temu zaprzecza. Zabawnym faktem jest także to, że obecnego w polskim tytule słowa „Bóg” nie usłyszymy w filmie ani razu… Sacrum zostało zmienione w profanum.

Odbiorcy, którzy chcieli ekranizację historii biblijnej otrzymali typowy film fantasy. Ja to nazywam „żerowaniem” na portfelach widzów. Na portfelach chrześcijan, uczniów szkół (tym bardziej, że film ukazał się w trakcie okresu rekolekcji), czy też fanów Russela Crowe’a lub Emmy Watson.

Jednak bardziej niż głupoty twórców tego filmu, żal mi było tych zakonnic i księży siedzących obok mnie. Biedni, tylko cicho wzdychali, patrząc na gołego Noego…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *