PRZESIĄKNIĘTA TEATREM

Szalona zakonnica. Kusicielka z bagażem doświadczeń. Telimena w Świątyni Dumania.
Jednym słowem: aktorka.
MARIOLA ŁABNO – FLAUMENHAFT.

6981_teatr-bo-tak-1

Zdjęcie ze spektaklu teatru „Bo Tak: „Prawda” w reż. Marcina Sławińskiego.

Czy przypomina sobie Pani ten jeden niezwykły moment, kiedy pomyślała sobie: „Będę aktorką. Będę pracować w teatrze.”?
Tak, zdarzył się. Taki jeden niezwykły, jak to pięknie nazwałeś, moment. Taka iluminacja, wewnętrzne dojrzewanie. To działo się na wakacjach. Były to podczas warsztatów teatralnych. Specyficznych, bo była to grupa oazowa. Mieliśmy spotkanie z dwójką fantastycznych aktorów, którzy dostrzegli we mnie jakiś potencjał i namówili gorąco, abym spróbowała tego niełatwego chleba. Wtedy właśnie szłam do klasy maturalnej i wzięłam sobie do serca te słowa. Podczas warsztatów, kiedy przygotowywaliśmy różne teksty, ja akurat pracowałam nad Jasnorzewską- Pawlikowską- moją ukochaną poetką. Poradzili mi, żebym zrobiła swój pierwszy w życiu monodram, zbudowany z wierszy Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i zrobiłam taki półgodzinny spektakl, który spotkał się z ogromnym uznaniem.

Spróbowała Pani dostać się do PWST, a próba okazała się bardzo owocna.
Próba była owocna, za pierwszym podejściem się dostałam. Lecz wcześniej postanowiłam jeszcze sprawdzić swoje umiejętności. Moja pani wychowawczyni w liceum miała przyjaciela aktora, który pracował w teatrze im. Ludwika Solskiego w Tarnowie i była tak uprzejma, że skontaktowała mnie z nim. Ja już miałam wybrane teksty na egzaminy wstępne. On spotkał się ze mną w teatrze na małej scenie teatru Solskiego w Tarnowie i przesłuchał mnie. Pamiętam to jak dziś. Wszystkie teksty, które przygotowałam, miałam mu zaprezentować. Po prezentacji powiedział, że jest
o mnie spokojny i podarował mi na szczęście trykoty, czyli legginsy. Wtedy były ciężkie czasy, więc nie można było nic takiego zdobyć, a jadąc na egzaminy wstępne, trzeba było mieć właśnie trykoty, spódnicę i czarny podkoszulek.

Zanim dotarła Pani na rzeszowską scenę, zachwyciła Pani sobą swój rodzinny Tarnów.
Po szkole teatralnej wróciłam do rodzinnego miasta, do domu. Bardzo chciałam pracować w Teatrze im. Ludwika Solskiego, z racji tego, że jako licealistka nie opuszczałam żadnej premiery, a działo się w teatrze wtedy dużo dobrego, dużo ciekawego. Ja nasiąkałam atmosferą tego teatru i tak sobie marzyłam w skrytości serca, że może kiedyś i moje nogi będą miały zaszczyt chodzić po tej magicznej scenie. I tak się właśnie zdarzyło. Zostałam zaangażowana do teatru tarnowskiego i tam pracowałam przez siedem tłustych lat. Była to świetna szkoła życia i zawodu dla mnie, szalenie łaskawa, bo zagrałam mnóstwo interesujących ról. Mogłam pracować i rozwijać się, co jest dla młodego aktora błogosławieństwem, bo tylko nabycie dobrego warsztatu, podpatrywanie mistrzów – swoich starszych kolegów, obcowanie ze znakomitymi twórcami teatru, reżyserami, scenografami, choreografami daje tę bazę, podstawę, czyli rzemiosło. Aktorstwo to nic innego jak dobre rzemiosło i to było kapitalne dla młodej dziewczyny, która kończąc studia, mając 21-22 lata, będąc już zawodową aktorką, miała taką szansę. Cały czas się człowiek uczy, każda nowa rola jest dla mnie czymś nieodkrytym. To jest taka tabula rasa, coś do czego ja podchodzę i nic jeszcze o postaci nie wiem. Nie wiem jak to będzie wyglądało, nie wiem, czy ja sobie poradzę z tą materią i mam pewnego rodzaju lęki, obawy – jak każdy. Po siedmiu latach mojej pracy w Tarnowie, zdarzyło się cudowne zrządzenie losu, że kiedy graliśmy spektakl w reżyserii wspaniałego Maćka Wojtyszki, to był „ Kandyd” Woltera, gdzie ja grałam Kunegundę, jedną z głównych postaci kobiecych, a ówczesny dyrektor teatru im. Wandy Siemaszkowej, jadąc do Krakowa chciał skompletować zespół na 50-lecie rzeszowskiego teatru. Zatrzymał się w Tarnowie, żeby zobaczyć tego rzeczonego „Kandyda” i kiedy obejrzał spektakl, zaprosił parę osób do pracy w Rzeszowie. Między innymi mnie. Przychodząc tutaj, od razu na wejściu zagrałam pannę młodą w „Weselu” Wyspiańskiego. Od tamtej pory minęło 20 lat.

Jest Pani zdecydowanie jedną z bardziej rozpoznawalnych aktorek rzeszowskiej sceny.
Jeżeli tak, to jest mi bardzo miło. Ponieważ uważam, że to, co robię, robię właśnie dla publiczności, do której mam ogromną atencję. Staram się robić wszystko jak najlepiej, z wielkim sercem.

Ponad rok temu wraz z przyjaciółmi otworzyła Pani swój nieinstytucjonalny teatr „Bo Tak”. Ostatnimi czasy w rzeszowskich teatrach dzieje się dużo. Scena dla Dorosłych w Masce, Teatr Nowy, Teatr Przedmieście. Dlaczego państwo zdecydowali się rozpocząć własną inicjatywę?
Powiedziałabym przekornie: „ Bo tak!”. Pomysł naszego teatru narodził się w naszych głowach. Wraz z koleżanką Beatką Zarembianką śmiejemy się, że jesteśmy matkami założycielkami. Teatr ten wziął się z pewnego rodzaju głodu pracy, rynku, który nie dawał wysokiej rozrywki publiczności. Szukałyśmy czegoś takiego co by bawiło publiczność , ale było na bardzo wysokim poziomie. Dobra sztuka komediowa to jest crème de la crème. Czasami trudniej jest zgrać farsę, komedię niż tragedię czy dramat. Ja myślę, że wszystko stanowi trudność, ale jeżeli do tego podchodzimy tak, jak wcześniej powiedziałam, z sercem i głową, to te trudności potrafimy pokonywać. To wszystko ma być zrobione na najwyższym poziomie, tu nie można sobie pozwolić na bylejakość, tym bardziej, jeśli mówimy o takim teatrze, jakim jest „Bo Tak”. To jest prywatny teatr, my nie otrzymujemy znikąd subwencji ani dotacji w odróżnieniu od scen państwowych, więc musimy sobie wszystko wypracować. Pozyskiwanie sponsorów jest ciężką pracą. Musimy znaleźć rewelacyjny tekst, który będzie wabikiem, żeby publiczność chciała do nas przyjść. A co za tym idzie, ten tekst musi być wyreżyserowany przez najlepszego reżysera, więc wyszukujemy tych reżyserów, z którymi wcześniej już udało nam się pracować, których znamy i wiemy, że to jest ten najlepszy garnitur reżyserów w Polsce. Muszą być spełnione wszystkie czynniki, żeby powstał ten najsmakowitszy, wielopiętrowy tort. Postanowiłyśmy właśnie, że powołamy taką scenę do życia, aby dawać godziwą, wspaniałą, szlachetną rozrywkę publiczności, tym bardziej, że było na nią zapotrzebowanie na rynku. Nie było tu czegoś takiego, więc to było dla nas ogromne wyzwanie. Zaprosiłyśmy do współpracy dwójkę naszych kolegów z Teatru im. Wandy Siemaszkowej, gdyż teatr „Bo Tak” składa się z etatowych aktorów teatru Wandy Siemaszkowej. My tutaj, broń Boże, nie robimy żadnej konkurencji. My chcieliśmy dać publiczności szlachetną alternatywę. Najpierw robimy wszystko to, co należy się macierzystej scenie, czyli naszej matce, Teatrowi im. Wandy Siemaszkowej, a teatr „Bo Tak” jest wtedy, kiedy nie jesteśmy angażowani w Siemaszkowej, kiedy mamy, czas to robimy spektakle, które nas akurat interesują. W ten sposób sprawdzamy się i uczymy czegoś nowego. Jesteśmy tutaj menadżerami, logistykami, PR-owcami, chodzimy za kostiumami, za scenografią. Oczywiście zapraszamy profesjonalistów, którzy  na tym się znają, ale wszystko musimy zrobić sami od podstaw. Nikt nas nie wyręcza. W teatrze instytucjonalnym, jesteśmy  bezpieczni, mamy wygodnie. Jesteśmy tylko aktorami, aktorkami, mamy swoje garderoby i interesuje nas rola, którą powierzył nam reżyser danego spektaklu. A tutaj, w takim teatrze jesteśmy wszystkim. Nosimy dekoracje, robimy wspólną burzę mózgów, zastanawiamy się jaki spektakl właśnie wybrać. Dużo czytamy, szukamy materiałów, przeprowadzamy mnóstwo rozmów z różnymi ludźmi teatru. To wszystko spada na nasze barki. Zajmujemy się też ekonomią, księgowością, ale nie narzekamy. Jest bardzo fajnie. To uczy ogromnej pokory.

„Prawda” to pierwszy spektakl jaki pojawił się w repertuarze teatru „Bo Tak”.
Tak, „Prawda” to było nasze pierwsze dziecko. Autorstwa Florka Zellera – ja tak śmiesznie nazywam Floriana Zellera, w reżyserii wybitnego reżysera Marcina Sławińskiego. I nasza czwórka, czyli Beatka Zarembianka, Grzegorz Pawłowski, Marek Kępiński i ja! To był nasz strzał w dziesiątkę.

150946_479545748797572_2136022958_n

Teatr „Bo Tak”; spektakl: „Prawda” w reż. Marcina Sławińskiego;
na zdj. z Grzegorzem Pawłowskim.

Zestawiając Waszą propozycję z „Teatrem Nowym, który na swoim otwarciu przedstawił monodram składający się z wierszy Zbigniewa Herberta – to „Prawda” była znakomitym wyborem. Mając porównanie reakcji widowni, stwierdzam, ażeby rozpocząć działalność trzeba jednak zrobić coś spektakularnego dla widza. Co tu ukrywać, poezja Herberta do łatwych nie należy.
Tylko „Teatr Nowy” ma jakby inny kierunek. Co prawda oni, też chcą być eklektyczni i ostatnio pojawiła się ich nowa komedia „Motel pod mocnym Amorem”. Myśmy w ogóle od razu powiedzieli, że u nas musi to być dobra komedia, niebłaha.  Zawsze z drugim dnem, jakimś przesłaniem. Nie może to być coś, przepraszam za trywializm, od pasa
w dół, tylko jak sama „Prawda”. To jest przekorna zabawa. Są świetnie napisane postaci sceniczne, znakomite dialogi. Nie na darmo szturmem ta sztuka zdobywa wszystkie teatry na świecie, bo jest grana wszędzie. Ja akurat miałam to wielkie szczęście, że dostałam tę sztukę od pani Barbary Grzegorzewskiej, jednej z najlepszych tłumaczek w Polsce, jeśli chodzi o język francuski. Trzymałam w ręku prapremierę, tylko nie było nas na nią stać. Ubiegły nas warszawskie teatry, ale nic nie szkodzi. Zrobiłyśmy trzeci spektakl w Polsce.

Reakcja publiczności jest niesamowita. Kiedy ja akurat byłem na spektaklu, pan na widowni klaskał w czasie trwania sztuki i krzyczał: „ A to dobre!”. To może się wydawać problematyczne dla innych widzów, a także dla aktorów, którzy są w swoich rolach na scenie, lecz dla takich chwil chyba warto uprawiać ten zawód.
Ta cudowna energia, ta emanacja, którą my staramy się przekazać widzowi jest jak piłeczka do pin-ponga.  My dajemy publiczności tę energię, serce, całe nasze staranie i dostajemy piłeczkę zwrotną tegoż samego. Jest to najpiękniejsze, co może być. To najlepszy komplement pod naszym adresem. Ludzie wychodzą zadowoleni, dyskutują na temat danego spektaklu i mówią: „Kiedy jeszcze na coś nowego możemy do Was przyjść?”. Oni naprawdę czekają. Teraz ruszamy dopiero od października, a już na Facebooku odezwały się głosy: „Czekaliśmy na Was!”, „No nareszcie!”, „To cudownie.” Jeszcze raz muszę powtórzyć: my musimy najpierw spełnić swoje powinności wobec Wandy Siemaszkowej, żeby nie wchodzić w żadne konflikty, bo nie na tym rzecz polega. Tu chodzi o to, żebyśmy się jeszcze dodatkowo rozwijali , ażeby wilk był syty i owca cała.

To kiedy jeszcze na coś nowego możemy do Was przyjść?
Czy byłeś na „Koledze Mela Gibsona”?

Nie, jeszcze nie byłem.
To Cię zapraszam! „Kolega Mela Gibsona” to monodram w wykonaniu Marka Kępińskiego. Świetny monodram. Zresztą gościliśmy jego autora, który sam powiedział, iż jest to najlepsza jego realizacja w Polsce.  Tym autorem jest Tomek Jachimek, ten słynny kabareciarz, którego można zobaczyć w „Szkle kontaktowym” i na różnych scenach kabaretowych Polski. Tomek jak zobaczył premierę mówił, że nie poznał swojego tekstu. Nie wiedział, że można zrobić z tego tak rewelacyjny spektakl. Jest to, krótko mówiąc, historia profesji aktorskiej. Blaski i cienie bycia aktorem, więc Marek mógł spokojnie rozwinąć skrzydła i wszystkie swoje kłopoty, troski, bolączki, a także blaski wtopić w tę rolę. Nadmienię tylko, że spektakl reżyserował znakomity Paweł Szumiec. „Mel Gibson” to jest nasze najmłodsze dziecko, bo daliśmy premierę pod koniec marca, na Dzień Teatru. Cieplutki, świeżutki spektakl. Zapraszam.

Oczywiście nadal możemy Panią podziwiać na scenie „Siemaszki”. Aktualnie gra Pani w „Na pokuszenie”
i musicalu „Siostrunie”. Jak czuje się Pani w habicie?
Rewelacyjnie! Habit i wszystko gra! Powiedziałbym, że to moja druga skóra. Może minęłam się z powołaniem? Aczkolwiek, jakie to piękne zatoczenie koła, górnolotnie mówiąc, od formy oazowych spotkań teatralnych do habitu
w zawodowym teatrze. Oczywiście żartuję, ale muszę przyznać, że wszystkim nieźle śpiewającym dziewczynom
w teatrze zdarzyła się kapitalna przygoda. Przyjechał szalony, niewiarygodny Janek Szurmiej, który reżyseruje teatr muzyczny na całym świecie. Stworzył już mnóstwo takich fantastycznych musicali. Przeprowadził u nas casting. Stanęły do niego wszystkie dziewczyny i Janek sobie powybierał do ról sióstr zakonnych – nas- kobiety Siemaszkowej. To była ciężka praca, ale bardzo piękna, twórcza, stanowiłyśmy jeden zakon. Nie było żadnych histerii ani złych historii. Praca była naprawdę bardzo sprawna. Janek czuł się jak król życia, bo był w końcu szefem zakonu. Aczkolwiek muszę powiedzieć, że mamy jednego mężczyznę w zespole – Grzegorza Pawłowskiego, który czyni honory domu, jest takim mistrzem ceremonii.

Rozpoczyna i kończy spektakl.
Tak, jest taką klamrą spektaklu. Jest nieodzownym elementem nas, a poza tym taki pierwiastek męski dobrze też robi zakonowi żeńskiemu.

Każda z zakonnic w tym spektaklu jest żywiołowa i energiczna, ale Pani ma nader dynamiczną postać.
Moja rola to siostra Roberta Anna. To jest dziewczyna ulicy. Zresztą każda z tych sióstr zakonnych ma swoją historię. Tak jak w życiu. Ten spektakl jest niezwykle piękny, bo uczy poszanowania wobec inności, różnorodności, różnych postaw. To są kobiety, które kiedyś miały inne życie. Siostra przełożona, czyli Matka Wielebna pracowała w rodzinnym cyrku. Mówi, że chodziła po linie. Siostra Amnezja była piosenkarką country, lecz straciła pamięć. Siostra nowicjuszka zawsze marzyła o balecie.

W tej roli Joanna Baran.
Tak, Joasia Baran i Małgosia Próchnik, ponieważ są dwie obsady. Jedynie rola siostry Amnezji Madzi Kozikowskiej – Pieńko i moja się nie dublują. Beata Zarembianka gra siostrę przełożoną na zmianę z Małgosią Machowską. Zresztą wszystkie dziewczyny są świetne w swoich rolach i nie ma czegoś takiego, że jedna dublerka jest gorsza, słabsza,
a druga lepsza. Nie ma. Każda z nich znalazła sobie coś charakterystycznego i warto zobaczyć obydwie obsady, żeby mieć cały pogląd na ten spektakl. Wracając do mojej Roberty Anny. Ona pochodziła z Brooklynu. Wychowywała się na ulicy. Była dzieckiem, które kradło, włamywało się. Mówi, że potrafi w osiem sekund otworzyć auto. Dla niej to pestka. Sama naprawia i prowadzi samochód należący do zakonu. Ona zna życie. Wszystkie jego barwy. Od czasu dziecka ulicy przeszła długą drogę, ale miała w tym swojego przewodnika, o którym bardzo pięknie mówi, czyli Siostrę Różę Franciszkę, która podała jej dłoń i to dzięki tej kobiecie Roberta Anna stała się zupełnie inną dziewczyną. To uczy nas, że książki nie powinno się oceniać po okładce, tak samo i nigdy żadnego człowieka. Trzeba ludzi poznać, bo każdy ma swoją historię, swój życiorys, każdy chodzi w swoich butach i nie możemy wejść w cudze życie. Empatia jest bardzo ważna. Najlepiej starać się podchodzić do innych z otwartymi rękami i nie widzieć wrogości, tylko zawsze w każdym swoją siostrę czy brata.

A te wszystkie wartości i mądrości są przekazywane w jak najbardziej kabaretowej atmosferze. Ze spektaklu
w pamięć wbiła mi się scena pokazu mody dla sióstr zakonnych. Czy to Pani tam występowała w habicie stylizowanym na strój ludowy i śpiewała przyśpiewkę: „Jestem sobie rzeszowianka…”?
Tak, to byłam ja. Siostra rzeszowianka. Ale nie zdradzajmy wszystkiego. Trzeba coś zostawić dla publiczności, aby zechciała przyjść zobaczyć, posmakować i ocenić to, co się dzieje na scenie.

W „Siostruniach” gra Pani typowo kabaretowo, a w „Na pokuszenie” widzimy Pani inną odsłonę. Tam śpiewa Pani znane piosenki wielkich polskich artystek: Hanki Ordonówny, Kaliny Jędrusik, Krystyny Jandy. Jak się Pani czuje w śpiewanych rolach?
Śpiewać każdy może, trochę lepiej, trochę gorzej. Ja ciągle powtarzam, że staram się śpiewać sercem.  To, co przeżyłam, mam w sobie, w środku. Każdą piosenkę traktuję jak osobny spektakl, bo każda jest o czymś innym. Tak to trzeba przekazać publiczności, żeby dała się złapać, żeby przez te trzy, cztery minuty chciała przeżyć ze mną tę piosenkę.

W spektaklu niejako wchodzi Pani w reakcję z widzem. Chociażby przez to, że na początku do stolika zapraszany jest jeden pan z widowni i towarzyszy on aktorkom już do końca przedstawienia.
Ja bardzo lubię interakcję z publicznością, bo wtedy rodzi się taka niesamowita więź z drugim człowiekiem. Ja w tym czasie mam fantastycznego partnera, wiem, że dzieje się coś magicznego między nami, że nastaje wymiana energii. Mogę popatrzeć komuś w oczy, zobaczyć reakcję danej osoby. To też buduje mnie i mój nastrój. Pozwala mi jeszcze głębiej wejść w rolę. Jeszcze bardziej starać się zainteresować, zaciekawić, zaprosić widza.

Zdarza się też, że ta energia zostaje odtrącona. Na przykład, gdy ja byłem na spektaklu to pan- widz zaproszony do stolika bez słowa sprzeciwu zapalił Pani papierosa, ale wiem, że w czasie jednego ze spektakli inny pan rzucił zapalniczkę.
To ja sobie sama zapaliłam, nie szkodzi. Ten pan mi nie zapalił, ponieważ uważa, że palenie szkodzi i kobieta nie powinna palić. To są fantastyczne reakcje do wykorzystania. To cudownie, że ktoś mnie może zaskakiwać, bo ja mam wtedy lepsze odbicie. Widzę, że ktoś nie jest przekonany, więc to ja muszę tak do niego dotrzeć, żeby on chciał wejść w ten mój świat. Aczkolwiek myślę, że wtedy to nie był sprzeciw wobec mnie, jako postaci, aktorki, tylko wobec palenia. Kiedyś w czasie jeszcze innego spektaklu „Na pokuszenie” trafiłam na pana, który nie potrafił obsługiwać zapalniczki i on mi to powiedział. Trzeba mu wybaczyć, bo to nie jest taka zwykła zapalniczka. To stara, srebrna zapalniczka na benzynę i kamień. Ja sobie specjalnie ją znalazłam, ponieważ uwielbiam takie smaczki w teatrze. Gdy jest bliskość z drugim człowiekiem, to musi zaistnieć piękny przedmiot. To nie może być taka jednorazowa zapalniczka z kiosku za rogiem, jeżeli przychodzi kobieta z klasą i wyciąga długiego, cienkiego papierosa. Poza tym papieros w takiej kawiarnianej przestrzeni ma swój wyraz, symbol, swój smak. Ta smużka dymu daję poczuć tę bohemę. Robi się wówczas taka magia. Te świeczki, które się palą na stolikach. Te oddechy, które słyszę. Te poruszania się na krzesłach. To wszystko jest szalenie wysublimowane i wtapia się w koloryt tego przedstawienia. Ta bliskość mnie osobiście urzeka. Niekiedy pozwalam sobie ludzi obserwować, to jest co prawda wpisane w moją rolę i ja się z tego powodu bardzo cieszę. Bo na przykład, gdy Dagusia śpiewa, ja widzę te szeroko otwarte oczy, to skupienie na twarzach publiczności. Coś niewiarygodnego. Dla mnie to jest ogromna radość i rozkosz tak bliskiego obcowania z widzami. Ta obserwacja jest niezwykle interesująca.

Czy w najbliższym sezonie artystycznym będziemy mogli Panią w czymś zobaczyć?
Tego nie wiem, dlatego, że to jest jeszcze ogromna tajemnica. Zobaczymy. Przed nami „Balladyna” i „Stara kobieta wysiaduje”.

„Starą kobietę…” już mieliśmy okazję widzieć w czerwcu podczas czytań performatywnych „Raz, dwa, trzy Różewicz”.
Miałam tam zagrać, lecz niestety miałam swoje bardzo ważne problemy, ale byłam obecna na spektaklu, bo musiałam zobaczyć swoich kolegów.  Uważam, że każde wydarzenie teatralne, mówię tutaj o premierze, to jest święto nie tylko dla kolegów występujących na scenie, ale święto całego teatru, więc także i moje. Trzeba przyjść i uhonorować ich święto, być z kolegami w tym dniu, trzymać za nich kciuki, słać im dobre myśli i potem podziękować, pogratulować. To jest naprawdę bardzo ciężka praca i wiem ile to ich kosztuje. Tu chodzi o to, żeby wszystko wyszło, żeby to było piękne, żeby ludzie to zaakceptowali, bo jest to zawsze wielka niewiadoma. My pracujemy przez dwa, trzy miesiące, potem wychodzimy z duszą na ramieniu i zaczynamy być oceniani. Całe życie jesteśmy oceniani. Każdy może, albo się zachwycić, albo mocno nas zganić, zrugać, powiedzieć: „A to takie byle jakie.”, albo „To jest świetne!”. Naturalnie, cieszymy się, kiedy słyszymy to drugie, ponieważ po to robimy teatr, żeby ludziom się podobało.

Zobaczymy jak teraz wypadnie „Białe małżeństwo” w Masce, w porównaniu z czytaniem performatywnym w Siemaszkowej.
Też jestem bardzo ciekawa. Wybieram się na to, ale nie wiem, czy mi się uda. Będę starała się dotrzeć, ponieważ bardzo cenię reżysera Żiugżdę. Zakochałam się w Olegu, kiedy przywiózł tu swoją „Damę kameliową”. W życiu nie widziałam tak pięknego spektaklu. Wtedy właśnie zaczęłam śledzić wszystko to, co robi Oleg. To fantastyczny wizjoner teatru.

Jesteśmy teraz w trakcie trwania warsztatów teatralnych organizowanych przez Stowarzyszenie na Rzecz Dzieci z Dysfunkcjami Rozwojowymi „Bruno. Jak się Pani czuje w roli reżysera i nauczycielki?
Świetnie. Nie widać? Ja kocham pracować z młodzieżą. Te warsztaty to jest to, co mnie ubogaca i rozwija. To co uczy mnie samą. Bo ja od was czerpię energię, ja się od was uczę, obserwuję was. To jest cudowna wymiana pokoleń. To jest taka sztafeta. Ja wam przekazuję pałeczkę i wy mi tę pałeczkę oddajecie z powrotem. To jest wspólnota duszy, umysłu, wymiana myśli- wszystko to, co może być najpiękniejsze. Ja takie warsztaty prowadzę od wielu, wielu lat. Jesteście jedną z takich moich młodszych grup, bo zawsze miałam do czynienia z osobami starszymi, ze studentami. Ja wiem, że bywam trudna, wymagająca, ale tylko tak można osiągnąć sukces. Ciężką praca i zaufaniem do siebie. Bo ja w was bardzo wierzę i ciągle powtarzam, że my nie ścigamy się tutaj z koleżankami z kolegami, ścigamy się sami z sobą, z naszym lenistwem. Sami sobie w tej kamiennej górze musimy te schodki wyrąbać, ażeby dojść na sam szczyt. Na początku jest trudno, potem jest coraz łatwiej, a potem już tylko możemy pławić się w brawach sukcesu.

Dziękuję bardzo. Czy chce Pani coś jeszcze przekazać czytelnikom „Spiritus Scholae”?
Ogromne pozdrowienia, ucałowania i zaproszenia do „Teatru im. Wandy Siemaszkowej”, „Bo Tak”, do „Teatru Maska”
i do wszystkich teatrów. Bo myślę, że ludzie kultury i sztuki powinni się wspierać, powinni żyć w symbiozie i dawać wszystko to, co najlepsze. Nie konkurować, robić to dla publiczności. Dla każdego jest miejsce w tym mieście, jest zróżnicowanie repertuaru. Ja chylę czoła i głęboko się kłaniam wszystkim tym, którzy zajmują się kulturą i sztuką
w tych czasach, bo to jest bardzo trudne.

Wywiad przeprowadził: Filip Łach

Powyższy wywiad został przeprowadzany dla „Spiritus Scholae” – szkolnej gazetki 1 LO w Rzeszowie i ukazał się
w numerze listopadowym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *